
Znały podstawową transmutację, ale nie potrafiły podróżować z prędkościami naddźwiękowymi. Być może miały płcie, ale egzobiologom nigdy nie udało się stwierdzić, skąd się biorą małe spindle. Wysyłały wiadomości, modulując częstotliwość wodoru w spektrum najbliższej gwiazdy. Były telepatami i cierpiały na klaustrofobię — nawet nie budowały domów. Ich statki kosmiczne były… niewiarygodne.
Żyły niemal wiecznie i dla rozrywki odwiedzały planety o zredukowanej atmosferze. Wprowadziły do ekosystemu zmutowane algi albo dodawały planecie zbyt duży księżyc czy wymuszały rozwój jakiejś formy życia. Inaczej mówiąc: brały Wenusy i robiły z nich Ziemie. Jeśli przyjęło się do wiadomości, że spindle po prostu nie są ludźmi, to ich postępowanie miało sens. Przynajmniej dla ludzi. No i cały czas miały poważne problemy z przeludnieniem. Poważne, ma się rozumieć, dla spindli.
Pewnego dnia dobrały się do jądra jakiejś planety i znalazły tam coś okropnego. Okropnego, ma się rozumieć, dla spindli. W ciągu następnych dwóch tysięcy lat, w miarę jak rozchodziła się informacja o tym, co znalazły, wymarły z powodu urażonej dumy.
Działo się to czterysta milionów lat temu.
Holownik zjechał po Linie, wyjąc silniczkami hamującymi. Operatorzy odłączali ładunki na wysokości kilku tysięcy mil, wysyłając je dalej jednostopniowymi rakietami, dla zmniejszenia obciążenia Liny i zwiększenia szybkości załadunku. Holownik, już znacznie ciszej, skierował się ku rejonowi załadunkowemu, a Kin przyjrzała się Jałowi, podejrzliwie mrużąc oczy.
